Tuesday, 6 January 2015

Kraków/Dublin

Tam gdzie da się żyć - zobacz...

Takie tam – po obejrzeniu filmu. Dobry przekrój… bo Polacy/ludzie są różni. Jeden nosi dres, a inny marynarkę. Jedna mini, a druga spodnie. Jeden wierzy, a drugi nie. Jeden ima się polityką, a inny nie…
Moja historia. Mam 35lat, jestem z Krakowa. Mam magazyniera (czytaj magistra). Jako dziecko PRL-u marzeniem moim było moje własne 20metrowe m.  W Krakowie pracy w zawodzie nie znalazłam. Założyłam swoja firmę, która nie przetrwała. W 2006 roku zaoferowano mi prace za 1300zl (40h) i w tym samym czasie znalazłam ofertę wyjazdu do UK jako Au-Pair – 20h/240funtow. Jako, że zawsze matematyka była mi bliska… kupiłam bilet Ryanaira… Po pół roku przeniosłam się do Dublina, gdzie przybywam ósmy rok.
Nie pracuje na zmywaku, ani nie smażę hamburgerów. W sumie żaden z moich znajomych też nie. Nie kradnę też pracy Irolom. Myślę, że kilka lat temu obejmowaliśmy stanowiska pracy, które dla Irlandczyków były do objęcia na drugim miejscu, a teraz jako wykwalifikowani pracownicy jesteśmy konkurencją. Wysłano mnie z pracy na kursy i będąc tutaj technikiem mam o wiele lepsze perspektywy niż w Polsce będąc magistrem. Nie pracuje w wyuczonym zawodzie, ale 1650euro za 37h tygodniowo przekonuje mnie do zostania w kraju.  Znam więcej Irlandczyków na zasiłku niż Polaków.
Kocham podróżować, to mnie napędza… czego Kraków by mi nie dał. Nie muszę oszczędzać na wyjazdy.  Wyjeżdżam 5-6 razy w roku, a niektórzy znajomi i więcej (pozdrowienia dla OliJ).
Założyłam też swoja firmę. On-line. Zero biurokracji. Koszty praktycznie żadne, a podatek płacony jest tylko od dochodu. W Polsce nie było tak łatwo.
Kupiłam w Dublinie własne m. I nawet większe niż wymarzone 20metrów. Co prawda nie ma ogródka, ale może następne będzie miało. Nie wiem jak załatwia się kredyty w Krakowie, ale w Dublinie nie było to większym problemem.
Uczę się, podróżuje, płacę podatki w Irlandii, a nie w Polsce, bo Polska nie chciała mnie zatrzymać. Żyjąc przeciętnie udaje mi się odłożyć około połowy pensji miesięcznie.
Nie zdecydowałam się jeszcze na dzieci, bo każdy jest inny. Mam swój plan, ale słyszałam,  że pomoc materialna na każde dziecko w rodzinie jest dość spora (około 120euro na dziecko).
Oczywiście jest i druga strona medalu. Nie jest do końca tak kolorowo. Mamy dwie linie tramwajowe w stolicy Irlandii co doprowadza mnie do szewskiej pasji, w porównaniu z rozbudowaną komunikacją miejską w Krakowie, na wizytę u specjalisty czeka się w państwowym systemie opieki medycznej 2 lata, ciągle trwa recesja, strefa kulturalna w Dublinie nigdy nie będzie tak rozwinięta jak w Krakowie. Ale to mój wybór, że jestem tutaj. A nie tam.
Brakuje mi rodziny, która została w kraju, ale myślę, że wolą mnie widzieć uśmiechnięta trzy razy w roku, niż nieszczęśliwą na co dzień. Brakuje mi dawnych przyjaciół, ale mogę sobie pozwolić, żeby ich do mnie zaprosić. No i zyskałam nowych przyjaciół (pozdrowienia dla MagdyJ), których bym nigdy nie poznała zostając w kraju.
Przyjęłam rok temu obywatelstwo irlandzkie, ale jestem Polką. Polką mieszkającą w Irlandii. Mój partner Irlandczyk kocha Kraków i ma łzy w oczach, gdy kończą nam się wakacje w Krakowie, realia jednak przekonują nas do zostania na Zielonej Wyspie.
Wielki plus za film. Popłakałam się dwa razy. Raz przez nostalgię, a raz ze śmiechu.


Monday, 1 December 2014

Amsterdam inaczej.

Pewnie,  że można. Palić jointy i jeść ciasteczka. Kwestia gustu. Można też nie próbować, nie skosztować i podziwiać Amsterdam trzeźwym okiem… Ponoć tylko turyści palą w Amsterdamie, a Holendrzy zdecydowanie preferują znakomite holenderskie piwa.

Zacznijmy od początku, a więc gdy już wylądujemy(lotnisko Schiphol) pociąg zabierze nas w 15minut (5euro) do centrum miasta (Amsterdam Centraal). Polecam zarezerwowanie noclegu w miejscu, o którym może nikt by wcześniej nie pomyślał… Ja znalazłam Bed and Breakfast na łodzi (Maria Alberta, Avanti). Co prawda kajuta maleńka, ale lokalizacja świetna i śniadanie pyszne.
W kategorii ‘rzeczy ciekawych’ – ogólnodostępną w coffee shopach marihuanę można kupować, ale nie można jej hodować. Coffee shopy mogą sprzedawać jednorazowo pełnoletniej osobie 5g, ilość ponad 5g może grozić dożywotnią utratą licencji na sprzedaż.
I oczywiście Red Light District – Dzielnica Czerwonych Latarni  z Oude Kerk - najstarszym kościołem w Amsterdamie – z równie ogólnodostępną sprzedażą uciech cielesnych, gdzie panie lekkich obyczajów odprowadzają podatki od usługi, wypracowywują emeryturę oraz wysyłane są na kursy… jeśli chcą zmienić zawód…
Muzealnie… polecam Museum Rijks z dziełami między innymi Rembrandta, cena biletu 15euro, najlepiej kupić  online  i unikać godzin między  11-3pm, bo dzikie tłumy! Otwarte w godzinach od 9-5pm -  www.rijksmuseum.nl oraz Van Gogh Museum – cena 15euro www.vangoghmuseum.nl, gdzie można zobaczyć słynne ‘Słoneczniki’!
Warte zobaczenia - Museum Ons’ Lieve heer op Solder ( www.opsolder.nl) w cenie 8euro – z magicznym katolickim kościołem ukrytym na poddaszu kamienicy oraz Portugese Synagoge 8.50euro – z możliwością wykorzystania biletu w 4 muzeach na terenie dzielnicy żydowskiej.
A tak poza tym to Amsterdam ma chyba muzea wszystkiego… ja znalazłam muzeum sera, tulipanów, torebek i portmonetek  oraz kondomów.
No i oczywiście musze wspomnieć o rowerach – 750 tysięcy mieszkańców i milion rowerów! Proponuję wybrać się na przejażdżkę rowerem – najlepiej z przewodnikiem, który opowie nieco i historii Amsterdamu  i zabierze nas w ciekawe miejsca - np Mike’s bike tours – 3-godzinna trasa przez park, w którym można legalnie uprawiać seks i spożywać alkohol, dalej wzdłuż rzeki Amstel z niewiarygodnie wąskimi kamienicami, gdyż podatek uzależniony był od szerokości mieszkania, kończąc na małej browarni mieszczącej się w wiatraku http://www.mikesbiketoursamsterdam.com/.
Ominęłabym Anne Frank Huis  - http://www.annefrank.org/ - historia żydowskiej dziewczynki ukrywającej się na poddaszu domu w Amsterdamie w czasie drugiej wojny światowej urzekająca, ale wizyta w samym domu nieco przereklamowana. Przypuszczalnie warto byłoby przeczytać jej pamiętniki spisane w czasie tego pobytu i przetłumaczone na 70 języków świata.
I po zwiedzaniu powrót. Jeśli zostanie nam trochę czasu w ostatni dzień proponuję zostawić bagaż w przechowalni na stacji głównej (5.10euro) i wybrać się w godzinny lub dłuższy, w zależności od upodobań, rejs łodzią po kanałach rzeki Amstel (8euro).  Po godzinnym locie i o zgrozo 30minutowym parkowaniu samolotu…  witaj Dublinie!







 

Monday, 29 September 2014

Paryż w 48 godzin.

Ryanairem. Ba. A z drugiej strony dlaczego by nie. Tanio, szybko, z przygodami. Polecam lot poranny, znaczy wczesno-nocny, tak ok. 6a.m. Same plusy… więcej czasu na zwiedzanie. Lądujemy w Paryż-Beauvais. Co prawda nie jest to w ogóle Paryż, ale trasa do centrum miasta urocza. Najlepiej podjechać autobusem, nie tanim… 14euro w jedną stronę, ale cóż, płacimy za komfort (klimatyzacja), szybki transport (ok. 2h) i pitoreskowe widoki. A potem to już tylko metro. Na lotnisku proszę się zaopatrzyć w mapę metra i mapę miasta – będą póżniej niezbędne.
12pm centrum Paryża – z autobusu człapiemy do metra (Porte Malliot). Główny przystanek – Cite – może by tak bilecik dzienny zakupić? W zależności od upodobań… zaczynamy zwiedzanie… Proponuje rozpocząć od jednej z najbardziej znanych na świecie, gotyckiej katedry Notre Dame (notredameparis.fr) umiejscowionej na wyspie na Sekwanie.  Potem spacerem pod Louvre. Louvre mus trzeba zobaczyć. Mało kto wie, że w pierwszą niedzielę miesiąca wstęp free… Tłumy, ale warto Mona Lisy czy Wenus z Milo nie można przegapić. We wtorki zamknięte. Normalny koszt biletu 16e. Więcej na www.louvre.fr. Polecam.
Po Louvrze – lunch. Niestety Paryż do najtańszych nie należy. Cóż. My piknikowaliśmy na polach elizejskich, a potem prościutko na Łuk Triumfalny. I zdjęcia urocze jeśli się pogoda trafi!
Hotele również nie najtańsze, ale w dobie Internetu spokojnie można wyszperać nocleg począwszy od 25e za osobę w pokoju dwuosobowym z łazienką, w centrum Paryża.
A wieczorem rzut beretem na Wieżę Eiffela, wybudowaną na uczczenie 100-nej rocznicy Rewolucji Francuskiej. Ostatnie wejście w sezonie letnim o 11.30pm.  
I do spania, żeby kolejny dzień wcześnie zacząć. Rano wyruszamy po francuskie pieczywo – mniamuśne… Plus jakiś dżemik i kawusia… ah… czujemy, że żyjemy!
Drugi dzień proponuje zacząć od zwiedzania cmentarza Pere-Lachaise. Znajomi na pewno będą pod wrażeniem, jeśli się dowiedzą, że odwiedziliśmy grób Balzaka, Jima Morrisona, Edith Piaf czy Oscara Wilde’a. Po cmentarzu proponuję wrócić do centrum, przekąsić cos iście francuskiego i wyruszyć na wzgórze Montmartre w celu zobaczenia Bazyliki Sacre Coeur (przystanek metra Chateau Rouge) i niedaleko położonego w dzielnicy czerwonych latarni Moulin Rouge.
Podsumowując. Wrażenia niezapomniane, zdjęcia, nie do przebicia. I jest nawet szansa, że do Dublina wrócimy opaleni.
W godzinach popołudniowych wracamy w stronę autobusu (Porte Malliot), który zabierze nas na lotnisko. Proponuję wyjechać trochę, wcześniej, Beauvais to nie Paryż. Przezorny zawsze ubezpieczony. A jeśli się okaże, że mamy trochę czasu Lasek Buloński tuż tuż… co prawda o reputacji znikomej, ale być w Paryżu i nie zobaczyć – grzech.


No nic. Wracamy. Pełni wrażeń, z zapełnionym aparatem, rozładowaną baterią w telefonie i w sumie nie tak bardzo uszczuplonym portfelem. Lotem póżno nocnym w domu będziemy około północy. Polak potrafi. Merci za reading. I bon voyage na drogę.